Oglądasz wiadomości wyszukane dla hasła: Turystyczny Atlas Czech i Słowacji
|
| Wiadomość |
Nowe kraje Unii Europejskiej
|
Nabyłem ostanio Podręczny Atlas Świata(2004)Wydawnictwa Demart. Jednym z interesujących danych zawartych w pozycji, jest PKB na 1 mieszkańca w każdym państwie. Szczególnie zainteresowały mnie dane z nowych krajów Unii. Oto one:
Cypr-15000 USD Czechy-5176 USD Estonia-3612 USD Litwa-2839 USD Łotwa-2619 USD Malta-9383 USD Polska-3979 USD Słowenia-10384 USD Słowacja-3588 USD Węgry-4799 USD
Bez jaj panowie i panie:) ale sądziłem, że lepiej wypadamy pod tym względem. No wybaczcie, ale Cypr-targany konfliktem od 30 lat... Malta-taki pypeć....co oni tam mają? Słowenia-była republika jugosławiańska? Byłe kraje ZSRR wcale nie aż tak daleko... Zamknę już oczy na Czechy, Słowację czy Węgry...Przecież taki kraj, jak nasz, takie położenie strategiczne, takie bogactwa naturalne i turystyczne, taki zasób siły roboczej....My powinniśmy stawać w szranki z Niemcami czy Francją...
|
| |
|
|
Sprawdź, gdzie jest niebezpiecznie
|

5 marca ruszyła pierwsza polska kampania informacyjna międzynarodowego projektu pt. Europejski Atlas Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Jego zadaniem jest stworzenie map prezentujących ryzyko wypadków.
Akcja prowadzona jest w ramach Europejskiego Programu Oceny Ryzyka na Drogach EuroRAP. Atlas to mapa Starego Kontynentu pokazująca najbardziej niebezpieczne (czarne) drogi w poszczególnych państwach Europy opatrzona komentarzem dotyczącym zagadnień bezpieczeństwa ruchu drogowego.
W projekt Atlasu zaangażowanych jest 10 państw (Niemcy, Hiszpania, Holandia, Belgia, Szwecja, Wielka Brytania, Włochy, Słowacja, Czechy, Polska) przygotowujących mapy krajowe, które w 2010 r. stworzą mapę Europy.
Pierwszym etapem prac polskiego zespołu jest mapa ryzyka występującego na drogach międzynarodowych w Polsce, tworzących główne połączenie naszego kraju z pozostałymi państwami Europy.
Drogi te stanowią zaledwie 2 proc. długości dróg twardych, ale odbywa się na nich ponad 10 proc. całości ruchu drogowego, przeważnie tranzytowego i turystycznego. Pomimo, że posiadają najwyższe w Polsce standardy bezpieczeństwa, dochodzi na nich do ok. 17 proc. wszystkich wypadków śmiertelnych. Działania na nich prowadzone mogą przynieść największą redukcję liczby ofiar śmiertelnych i ciężko rannych.
Z mapa ryzyka indywidualnego wynika, że: 55 proc. odcinków dróg międzynarodowych w Polsce to „czarne odcinki”, czyli odcinki o największym ryzyku. Na „czarnych odcinkach” prawdopodobieństwo zginięcia w wypadku lub odniesienia ciężkich ran jest nawet 10-krotnie większe niż na „odcinkach zielonych”. Najwięcej „czarnych odcinków” występuje w południowo – wschodniej i południowo - zachodniej Polsce.
Mapy na stronie http://www.eurorap.pl/
|
Garmin 60CSx i mapy Memory-Map (qct)
|
@Marko, Jak czytam takie teksty o mapach rastrowych, to mi ręce opadają. Nie zauważyłeś np. wydań atlasów rastrowych w 50-tkach całej Słowacji i Czech Shocartu ? http://www.shocart.cz/e-shop/select_det ... robek=1262 To segregatory z mapami papierowymi i do tego płyty DVD z całym materiałem elektronicznym. Przykładem gotowego rozwiązania sprzętowego z mapami ShoCartu jest Tour Navigator: http://www.shocart.cz/cs/digitalni-mapy ... likace.php a tu masz do niego zestaw map do wyboru: http://www.tournavigator.cz/jake-mapy-jsou-k-dispozici/ I tak można by powędrować po kolejnych krajach i podawać podobne przykłady.
W Polsce turystyczne mapy rastrowe oferują Compass, Plan Jelenia Góra i Plan Wrocław (znane jako seria Galileos). Zerknij np. tu http://www.galileos.pl/index.php?grupa=25&g=1 http://www.galileos.pl/index.php?grupa=53&g=1 Dalej, np. polskie mapy topo w postaci elektronicznych rastrów możesz też kupić w WODGiK (drogo, fakt).
Zachęcam do trochę śmielszych poszukiwań w internecie
A co do złożenia map Imagisu i Compassu, na wzór tego co robi Garmin z Ordinance Survey dla wybranych angielskich terenów turystycznych ? Można przypuszczać, że jest to technicznie wykonalne, natomiast czy biznesowo - nie wiem.
@asandrzej Coś takiego jak SatMap Active 10 ? http://www.satmap.com
Pozdrawiam, Ranger
|
Garmin 60CSx i mapy Memory-Map (qct)
|
Turystyczne atlasy Słowacji i Czech (1:50k), o których pisałem, wygladają mniej więcej tak jak na obrazku. Pozdrawiam, Ranger
|
| |
|
|
Czerwiec
|
TRAILER Magazine: Strzeż się tych miejsc Na początku marca tego roku roku ruszyła pierwsza polska kampania informacyjna międzynarodowego Projektu pt. „Europejski Atlas Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego” realizowanego w ramach Europejskiego Programu Oceny Ryzyka na Drogach EuroRAP. Rezultatem prac podjętych przez partnerów programu jest stworzenie obrazowego wykazu najniebezpieczniejszych miejsc na szlakach wiodących przez nasz kontynent. Europejski Atlas Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego to mapa Europy pokazująca najbardziej niebezpieczne (czarne) drogi w poszczególnych państwach Europy. Poszczególne mapy opatrzone zostały stosownym komentarzem obejmującym zagadnienia bezpieczeństwa ruchu drogowego.
Do realizacji Projektu Europejskiego Atlasu BRD zaangażowanych zostało 10 państw: Niemcy, Hiszpania, Holandia, Belgia, Szwecja, Wielka Brytania, Włochy, Słowacja, Czechy i Polska. Poszczególne kraje przygotowują lokalne mapy, które w 2010 roku stworzą kompleksową mapę Europy.
Pierwszym etapem prac polskiego zespołu objęta została mapa ryzyka występującego na drogach międzynarodowych przebiegających przez nasz kraj. Mimo, iż drogi te stanowią zaledwie 2% długości dróg twardych, to odbywa się na nich ponad 10% całości ruchu drogowego, przeważnie tranzytowego i turyróg twardych, to odbywa się na nich ponad 10% całości ruchu drogowego, przeważnie tranzytowego i turystycznego. O tym jak niebezpieczne i obciążone są to szlaki najlepiej świadczy fakt, iż na nich to właśnie zdarzają się wypadki generujące około 17% ofiar wszystkich śmiertelnych wypadków drogowych. Tak więc działania na nich prowadzone mogą przynieść największą redukcję liczby ofiar śmiertelnych i ciężko rannych.
Mapa ryzyka indywidualnego na drogach międzynarodowych w Polsce przedstawia ryzyko indywidualne, mierzone częstotliwością wypadków i wskazuje średnie ryzyko bycia ofiarą śmiertelną lub ciężko ranną wypadku. Mapy ryzyka umożliwiają każdemu kierowcy identyfikację najbezpieczniejszych i najbardziej niebezpiecznych odcinków dróg w regionie lub kraju, co może być pomocne przy planowaniu podróży a kierowcy mogą świadomie wybrać trasę według kryterium minimalizacji ryzyka w ruchu drogowym.
|
Siedem dni w słowackich Tatrach Wysokich
|
Na jednym z forów górskich ktoś poprosił o radę co do wyboru wycieczek w Słowackie Tatry Wysokie, w które jedzie po raz pierwszy (Tatry Polskie zna dobrze). Wywiązała się dość ożywiona dyskusja, w której zabrałem głos. Zachęcony przez jednego z tamtejszych moderatorów rozszerzyłem swoją wypowiedź – zrobił się mały referat. Jaki się mi wydaje - może być przydatny dla osób początkujących. Tu też pojawiają się takie pytania, więc może ten tekst komuś się przyda.
Tydzień w Słowackich Tatrach Wysokich – elementarne porady dla tych co idą tam po raz pierwszy
Droga/i Koleżanko/Kolego. Piszesz, że nigdy nie byłaś/eś w Słowackich Tatrach Wysokich, masz kilka dni, góra tydzień czasu i nie wiesz jak go zagospodarować. Zastanawiasz się czy nocować po schroniskach, co Cię pociąga, czy też na kwaterze. Odpowiadam!
Masz mapę Słowackich Tatr? Pewnie tak. Najdokładniejsze są atlasy Harmanec’a ale to mniej przydatne dla takich jak Ty, który mapy nie mają jeszcze "przechodzonej nogami". Lepsza jest taka rozkładana bo tam widzisz całość a najlepsza taka, w której szlaki są wydrukowane w kolorze. No to rozłóż mapę i odnajdź na niej trzy osie: - Pierwsza to kolejka elektryczna (popularnie zwana elektriczką), która ciągnie się od Popradu (taka ichnia mieszanka Zakopanego i Nowego Targu z której najlepiej widać Tatry – i to całe) - dwoma ramionami do Tatranskej Lomnicy (Tatrzańskiej Łomnicy) i Stary’ego Smokovca i potem dalej do Szczyrbskiego Plesa (Szczyrbskiego Jeziora). Jak zamieszkasz w jakiejkolwiek miejscowości co ma przystanek kolejki to możesz nie mieć samochodu (i kłopotu z parkingiem) oraz nie męczyć się autobusami, których zasady kursowania są dla mnie kwadraturą koła. Busików tam nie ma. Rozkłady kolejki znajdziesz w necie - poszukaj. Bilety są niedrogie. - Druga oś, to tzw. Cesta Svobody czyli Droga Wolności, która ciągnie się od Szczyrbskiego Plesa do Tatrzańskiej Łomnicy, w zasadzie wzdłuż trasy elektriczki. Droga Wolności ma swoje przedłużenia - na zachód od Szczyrbskiego Plesa aż do Liptovsky’ego Mikulasza (Liptowskiego Mikułasza) i na północ czyli od Tatrzańskiej Łomnicy do Lysej Poleny (Łysej Polany). W tym tekście obchodzi nas odcinek od Tatranskej Kotliny (Tatrzańskiej Kotliny) do Szczyrbskiego Plesa. - Trzecia oś, to znakowana czerwono tzw. Magistrala Turystyczna rozpoczynająca się (dla potrzeb tego opracowania) w miejscu zwanym Tri Sudnicky (Trzy Studzienki) na zachód od Szczyrbskiego Plesa i dalej na północ do Popradsky’ego Plesa (Popradzkiego Stawu) a stamtąd równoleżnikowo aż do Skalnatego Plesa (Łomnickiego Stawu) i potem trochę na północ do Brancalowej Chaty w Dolinie Kezmarskiej (Dolinie Kiezmarskiej) i stamtąd do Velkego Bielego Plesa (Wielkiego Białego Stawu) gdzie się kończy ale faktycznie biegnie dalej ale już znakowana na niebiesko do Kopskego Sedla (Przełęczy pod Kopą) by dalej przez Zadne Medodoły (Tylne Koperszady) i Dolinę Javorovą (Dolinę Jaworową) dojść do Tatranskej Javoriny (Tatrzańskiej Jaworzyny) i potem do Lysej Poleny (Łysej Polany). Magistrala ciągnie się też pod Tatrami Zachodnimi ale to nas w tym opracowaniu nie interesuje. Jest to droga łatwa ale nie myśl Koleżanko lub Kolego, że ma coś wspólnego z naszą Drogą Nad Reglami i Pod Reglami. Po południowej stronie zresztą regli nie ma.
Do Magistrali (w tym zakresie jaki omawiamy) masz dwa dojazdy środkami mechanicznymi- jeden z Starego Smokowca na Hrebienok (Siodełka) - taki tramwaj jak na Gubałówkę i kolejka linowa (wagoniki trzyosobowe) z Tatrzańskiej Łomnicy do Skalnatego Plesa. Należy honor zawiesić na kołku i z tego korzystać bo to kolosalna oszczędność czasu i energii a w dodatku po kalamicie piesze ścieżki są obrzydliwe. Zwracam uwagę na oszczędność czasu - w Słowacji czas to problem nr 1 - trasy są długie i wciąż go brakuje. Dla porządku jeszcze podaję, że do schronisk przy Popradzkim Plesie i w Dolinie Velickej (Dolinie Wielickiej) prowadzą drogi jezdne, z nawierzchnią afaltobetonową, dostępne dla samochodów osób zamieszkujących w schroniskach, oczywiście po uiszczeniu dość wysokiej opłaty za parking przy schronisku.
Małe resume:: - Na podstawowym dla Słowackiech Tatr Wysokich odcinku od Szczyrbskiego Plesa do Tatrzańskiej Łomnicy droga czyli Cesta Svobody i elektriczka biegną tuż obok siebie i szanse dotarcia do wszystkich szlaków wiodących w góry są dla poruszających się samochodem i elektriczką równe, przy czym ci drudzy nie muszą się kłopotać czy będzie miejsce na parkingu. - Magistrala turystyczna, czyli szlak przebiegający wzdłuż wlotów wszystkich dolin biegnie (w przeważającej części) równolegle do trasy drogi i elektriczki tylko o kilkaset metrów wyżej. - Taki układ komunikacyjny powoduje, że w zasadzie dla zwykłych turystów schroniska są całkowicie zbędne. Oczywiście zupełnie inaczej jest w przypadku osób uprawiających wspinaczkę – tu są wręc niezbędne.
Czy walory elektriczki przekreślają korzyści z użytkowania samochodu.? Wszystko zależy od okoliczności – cztery lata temu byłem z dwunastoletnim wnukiem w Tatrach. Stałą bazę mieliśmy w małej wsi u wlotu do Doliny Demianowskiej w Niżnych Tatrach. Operowaliśmy głównie w tych Niżnych ale odwiedziliśmy również Słowacki Raj a także Słowackie Tatry Zachodnie (Dolina Rohacka). Jak pogoda nie dopisywała to ruszaliśmy w „kraj” – np. do Levoczy i Spiskiego Zamku. Bez samochodu byłoby to niemożliwe. Byliśmy też w Tatrach Wysokich. Ostatniego dnia rano w Dolinie Demianowskiej pogoda była niepewna. Wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy do Szczyrbskiego Plesa. Mgła ale jakby się przejaśniało od wschodniej strony. W auto i do Smokowca. Całkiem nieźle. No to auto na parking a my w tramwaj i na Hrebienok. Całkiem nieźle tylko co dalej, trochę już późno. Kuba zaczął mi przypominać, że obiecałem wjazd na Łomnicę. Ba, ale czy będą bilety, ryzyk fizyk, idziemy. Koło schroniska Zamkovskich lunęło, pół godziny przeczekiwania. Ruszamy dalej. Na tym odcinku jest tak, że za nic przez długi czas nie widać jaka pogoda pod Łomnicą. Wreszcie dochodzimy, o dziwo bilety są ale na ostatni kurs. Nerwowo obliczam, o której możemy być w domu, jutro czeka nas około 500 km jazdy. Trudno, pokręciliśmy się po okolicy, w dodatku pogoda wspaniała. Wjazd, pół godziny na szczycie i zjazd. Teraz drugą kolejką w dół, nie mowy o oszczędzaniu, zegarek jest nieubłagany. W Tatrzańskiej Łomnicy w elektriczkę do Smokovca po samochód. W Smokowcu coś wrzucamy na ruszt i w drogę do Szczyrbskiego Plesa a stamtąd na Przybylinę, ostatni widok na zachodzące słońce nad Tatrami Zachodnimi i Krywaniem, jak dojechaliśmy do Demianovki to było już ciemno. Niech ktoś spróbuje dokonać takiego „wyczynu” bez auta! No tak, ale cztery lata temu benzyna była jakby tańsza.
Lekcja z geografii odrobiona? Czujesz, Koleżanko/kolego te trzy „osie” podstawowe i ich powiązania? Ok. To teraz trochę o obyczajach w Słowacji, bo są odmienne. Wzdłuż Cesty Svobody są trzy większe miejscowości – Smokowiec, Tatrzańska Łomnica i Szczyrbskie Pleso i parę mniejszych. Te większe też są małe i w niczym nie przypominają Zakopanego (Poprad zresztą też). Nie tylko wielkością ale i charakterem. Wszystkie trzy, najmniej Szczyrbskie Pleso, to są parki, w których od czasu do czasu coś stoi. Nie ma też tego całego jarmarku z Krupówek, tego pana z pieskiem, tych góralików z owieczką, setek straganów z badziewiem a jakbyś sobie usiadł z kartonikiem i napisem – „zbieram na piwo” to w krótkich abcugach byś się znalazł w areszcie w Popradzie. Takie obyczaje. Cicho tu i spokojnie, ludziska przed południem idą w góry a wieczorem śpią. Co za ludzie? Grzeczni, przyjaźni, często nawet serdeczni. Ale to wszystko pryska gdy przybierzesz maskę wielkiego pana z wielkiej Polski, co to zaledwie toleruje tubylców, którzy powinni się nisko kłaniać wielkiemu panu z wielkiej Polski, że raczył tu przybyć i który wszystko krytykuje i wszystko ma za złe i chciałby ich, Słowaków, urządzić inaczej. Wtedy masz przechlapane a jeśli np. podpadniesz chatarowi Miro z Terinki, skądinąd wspaniałemu facetowi to masz przechlapane w Terince do końca dni swoich i możesz dorobić się nawet tego, że będziesz sprawdzać na własnej d**** działanie praw Newtona przy opuszczaniu schroniska.. Mówię o tym tak na wszelki wypadek bo wielu tego nie wiedziało i potem płakało. To mały kraj, który zyskał samodzielność zaledwie kilkanaście lat temu ale to właśnie w szczególny sposób działa na ich ambicje. Wreszcie są panami, poprzednio rządzili tu Węgrzy, w niektórych miejscach Polacy (zastaw na miastach spiskich) a potem Czesi, których tu nie lubiano szczególnie. Ludzie na trasie – ani nie tak jak u nas czyli ubrani jak na K2 lub na odmianę w klapkach i krótkich porciętach. Jak takich zobaczysz – na mur z Polski. Chodzą Słowacy ubrani skromnie ale porządnie, w dobrych butach. To nic dziwnego – cała Słowacja to góry, większe lub mniejsze, nizin tu prawie nie ma. Istnieje tu zwyczaj pozdrawiania na trasie ale jak usłyszysz „ahoj” to nie znaczy, że trafiłeś na marynarza. Podobnie jak usłyszysz po kupieniu i zapłaceniu słowa „nech se patrzi” - to nie znaczy, że masz się czemuś przypatrywać tylko, że Ci podziękowano. Słowacy mają zwyczaj bywać w górach rodzinnie – widok rodziców z trójką dzieci w rozmaitym wieku jest normalny, nawet dość wysoko.
Teraz informacja raczej przykra dla bywalców Tatr Polskich. W niektórych chatach (schroniskach) tzw. gleby nie uświadczysz. Piszę „niektórych” bo to się zmienia, raz tu raz tam. A już na pewno nie ma układania na glebie do oporu, warstwami, jak to się zdarza w ... nie będę palcami wskazywał. Podobnie nie ma zwyczaju spożywania własnego prowiantu na sali jadalnej schroniska. Za to Cię mogą wyrzucić. Nie traktuj jednak tego zakazu dosłownie. Jak kupisz kawę czy herbatę a następnie sięgniesz po własną czekoladę czy kanapkę w papierku czy woreczku to wszystko jest ok. Ja jednak w przypadku kanapki zawsze się pytam czy można. Miałem przykre doświadczenie. Jeśli jednak wyciągniesz własny termos i rozpoczniesz wielkie szykowanie kanapek z własnego chleba, masła, sera czy wędliny na schroniskowym stole w jadalni to awantura jak w banku. Jeść własne możesz – ale przed schroniskiem. Jak pada to też nie ma taryfy ulgowej. I musisz się do tego dostosować – takie obyczaje. No i nie ty tu rządzisz. Przykre to może ale prawdziwe.
Kwatery. W miejscowościach wzdłuż Cesty Svobody raczej kiepsko, mało ich i raczej drogo. To „kraina” hoteli i pensjonatów. W ostatnich latach rozbudowały się jednak bardzo wszystkie miejscowości poniżej, czyli na południe od Cesty Svobody – Stara Leśna, Nova Lesna itp. Od cholery kwater. Skoro jednak nie macie samochodu to URZĄDZA was tylko kwatera w miejscowości z przystankiem elektriczki. Inaczej to udręka z autobusami lub dyrdanie na piechotę (przypominam – CZAS, bezcenny czas, lepiej go zużyć na pofotografowanie z głową a nie na chybcika). No i nie myślcie, że ta elektriczka to jakiś przedpotopowy tramwaj, szczęka wam obleci jak to zobaczycie, oczywiście pozytywnie obleci.. Ceny kwater są różne, zależnie od standardu ale za 250 do 300 Sk można dostać coś przyzwoitego, nawet z własną łazienką. Na każdej kwaterze możecie też pichcić do upojenia. Zawsze jest kuchenka gazowa lub elektryczna, często mikrowela, bywa telewizor, choć ten potrzebny tylko do prognozy pogody. Niektóre kwatery są w domach Romów. Spokojnie – jak Rom sobie wybudował dom to jest to porządny Rom, papudraki romskie się tłoczą w starych budach po miasteczkach lub zgoła w tekturowo-drewniach slumsach. Unikajcie tego.
Dojazd. Zdejmijcie pychę z serca i nie pchajcie się przez góry. Wiem – powiecie, że to nie honornie a w dodatku stracony dzień. Honor lepiej powiesić na kołku a ten pozornie nie stracony dzień może wam wyjść bokiem przez resztę pobytu. Po pierwsze dostaniecie w kość bo droga daleka, nie wiem np. czy już remont ścieżki z Przełęczy Lodowej skończony a tam po mokrym i z worem można ślicznie polecieć na pysk i zamiast chodzić po górach skończyć wyprawę w poczekalni u dentysty.. Ale nie tylko dlatego – ponieważ wam odradzam schroniska, zdążycie w nich pobyć, ale w latach następnych, trzeba się połapać w terenie itd. – idąc przez góry traficie do kwaterowiska wieczorem a wtedy jest nerwowe szukanie i prawdopodobnie najgorszy wybór z możliwych.
1 dzień Proponuje tak (znowu zakładając, że samochodu nie ma) – możliwie wcześnie na Łysą Polanę, tam przesiadka w autobus do Tatrzańskiej Łomnicy (piękna, widokowa trasa). W Łomnicy w elektriczkę do Smokowca. (Starego – jest ich kilka) tam przesiadka na elektriczkę do Popradu i wysiadacie na przystanku Nova Lesna i chodu szukać kwater. Nie brać nerwowo pierwszej lepszej, jest ich sporo. Zresztą macie czas, poszukajcie w internecie, zazwyczaj jest opis z zdjęciami, wysyłacie kilkanaście maili, wybieracie jedną z odpowiedzi, potwierdzacie, do reszty odpisujecie, że innym razem – po co palić ew. mety.. Jesteście już zakwaterowani. Powiedzmy, że jest godzina 15-a. Co robić do wieczora? W góry za późno. Proponuję wsiąść do elektriczki i pojechać do Popradu. Jest tam kilka domów towarowych – zrobić zakupy na cały tydzień (poza pieczywem). Na kwaterze jest lodówka, nic się nie zmarnuje. A potem jeśli tylko jest pogoda i dobra widoczność rozpytać się o ulicę przechodzącą w wylot w kierunku Rożniawy i pójść nią w górę aż traficie pod supermarket, chyba Billa. Obok niego jest parking a z tego parkingu zobaczycie taką panoramę Tatr od Bielskich po Zachodnie, że wam szczęka opadnie. I teraz trzeba otworzyć aparat, rozstawić statyw i robić zdjęcia.
Na koniec o pogodzie. Wg. mojego wyczucia to generalnie mniej kapryśna niż w polskiej części. Ale jak rano wstaniecie i zobaczycie ciężki wał chmur i zero widoku to porzućcie wszelką nadzieję. Nawet jak w Novej Lesnej nie pada. Tam, w Tatrach pada a nawet leje jak z cebra. I wtedy wychodzi urok posiadania samochodu, do którego się wsiada i jedzie np. do Slovenskiego Raju (Słowackiego Raju) czy inne góry, których tu jest do upojenia. No i jest około 50% szans, że tam jest słoneczko a przynajmniej nie pada. Można autobusem, ale patrz uwagi wyżej. No chyba, że BasiaZ, na której surową korektę zresztą liczę, coś podpowie. Jam w autobusach nie kumaty. Ja propaguję samochód i elektriczkę – z wskazaniem na samochód na dojazd i wyjazdy w okolice oraz elektriczkę na dojazdy do gór. Jeszcze jedno – wymiana pieniędzy. Doradzam raczej w Popradzie, kurs w kantorze będzie korzystniejszy niż w T. Łomnicy czy Smokowcu. A teraz bomba – nie wiem jak teraz ale dwa lata temu najkorzystniejszy kurs dostałem pobierając pieniądze w bankomacie ze swojego konta w polskim banku. Nie wiem jednak czy tak jest nadal.
Zakładam, że pogoda jest cacy i jutro ruszamy w góry. Z bólem serca, bo lepiej leżeć do góry brzuchem na słonku, ale przecież nie pojechaliście tam dla przyjemności tylko w góry.
2 dzień – czyli chwytanie byka za rogi i zobaczenie jedynej doliny w Tatrach, która przypomina alpejską oraz najwyższej ściany w Tatrach – a zatem do Doliny Kiezmarskiej. Z Nowej Leśnej w elektriczkę do Smokowca, przesiadka do Tatrzańskiej Łomnicy. Wysiadacie i idziecie w kierunku do drogi z Łysej Polany i nią dalej. Może jakiś autobus się trafi. Teraz nie wiem, czy od Tatranskich Matlar jest wznowiony po kalamicie szlak niebieski do Kiezmarskiej bo był zamknięty (wie kto czy otwarty?). Jeśli nie, nie ma zmartwienia – idziecie lub jedziecie dalej i przy Kisłym Pramenie zobaczycie duży parking samochodowy. Tam zaczyna się żółty szlak do Brancalovej Chaty nad Zelenym Plesem (Zielony Staw) w Dolinie Kiezmarskiej. Piękna trasa, tylko na dole zdruzgotany las po kalamicie, po drodze kilka źródełek, można się zatrzymać wreszcie „Brancalka” a wokół niej takie cuda jakich jeszcze po polskiej stronie nie widzieliście z naszym tatrzańskim Eigerem czyli ścianą Malego Kezmarskego (Małego Kiezmarskiego). Zobaczycie też zakosy ścieżki na Baranie Sedlo (Baranią Przełęcz), która ma być ponoć przywrócona jako szlak – żelastwo wisi cały czas. Na razie możecie się zorientować czy filanceria gęsto chodzi czy też nie (reszta tekstu skreślona przez cenzurę). Teraz trzeba coś wybrać co dalej: - pierwszy wariant – czerwono malowaną ścieżką na Sedło pod Svistovką (Rakuska Przełęcz) i z niej w dół do Skalnatego Plesa (dolna stacja właściwej kolejki na Łomnicę). Jak już będziecie na Rakuskiej Przełęczye to warto spojrzeć na grań, zrazu łagodną, potem ostrzejszą na Mały Kiezmarski (ja oczywiście do niczego nie namawiam, tak tylko mi się wymkło – bardzo ładna grań, wyraźna perć). Z Skalnatego Plesa albo kolejką (małe wagoniki) w dół albo ścieżką do Tatrzańskiej Łomnicy. W górę bym na piechotę odradzał, w dół jak cię mogę – idzie wytrzymać. Z TŁ na kwaterę, odwrotnie jak opisano wyżej. - Drugi wariant – na Jahnaci Stit (Jagnięcy Szczyt) i niestety tą samą drogą z powrotem, tak już jest często w Słowacji. Z „Brancalki” z powrotem tak samo jak przyszliście albo czerwonym do Velkego Bielego Plesa (Wielki Biały Staw) i dalej zielonym koło Chaty Plesnivec (dobra zupa czosnakova i nie tylko) doliną Sedmiu Pramenov do drogi z Łysej Polany, tuż za Tatranską Kotliną (Tatrzańską Kotliną) – tu radziłbym się rozejrzeć za autobusem bo do TL trochę daleko, szkoda nóg. - Trzeci wariant – tak samo jak drugi tylko bez Jagnięcego.
Aha – jak będziecie w Skalnatem Plesie i czasu by starczało to warto wjechać krzesełkiem na Lomnicke Sedlo (Łomnicka Przełęcz). Widok piękny z niego a szczególnie na taką uzbrojoną łańcuchami ścieżkę na Łomnicę – ja oczywiście do niczego nie namawiam ale obejrzeć przecież zawsze można. Co nie? No i jeszcze jedno – tam koło Skalnatego Plesa, troche w kierunku na zachód jest takie małe schronisko, nazywa się Skalnata Chata. Gdybyście doszli do wniosku, że warto z tej Łomnnickiej Przełęczy pójść dalej to nie gadajcie tam o tym głośno bo tam zawsze prawie siedzi taki koło 50-ki o ujmującym wyglądzie starego wilka górskiego zaopatrzony w komórkę. To jest właśnie filanc, który jak pójdziecie do dolnej stacji krzesełka to zadzwoni do kolesia na Przełęczy i jak tylko zrobicie kilka metrów to ten koleś Was zdejmie co zresztą będzie słuszną karą... za gadulstwo.
No i jesteście w Novej Leśnej na kwaterze. Teraz, ale dopiero teraz, możecie sobie strzelić po Smadnim Mnichu albo Zlatym Bażancie. Jak to było w Ogniem i Mieczem – Bar wzięty! Pierwsze koty za płoty.
3 dzień – czyli problem co? Są dwie szkoły – jedna mówi, że należy klin klinem czyli zmęczenie przepędzać kolejnym zmęczeniem i druga, że nazajutrz lajtowo. Powiedzmy więc, że ta druga jako bezpieczniejsza.
No to trzeba zobaczyć jak Gierlach wygląda. Warianty są dwa. Pierwszy tramwajem na Hrebienok i potem magistralą na zachód aż do Slieskiego Domu (Śląski Dom) w Dolinie Wielickiej. Można też żółtym ze Starego Smokowca i na koniec zielonym . I drugi – elektriczką do: - Tatranske Zruby i dalej niebieskim, żółtym i zielonym lub - Tatranska Polianka i dalej zielonym (lub drogą asfaltową jak kto woli, oczywiście do SD.
No i teraz kolejne dwa warianty: - Przez próg górnej części doliny Wielickiej (ścieżka na zielono) aż na Polsky Hreben (Polski Grzebień) - po drodze orgia tematów dla aparatu fotograficznego. Można sobie po drodze popatrzeć jak idzie perć przez Próbę Wielicką na Gierlach i zakonotować w pamięci hamletowskie – „Przewodnik czy bez, oto jest pytanie” a na Polskim Grzebieniu spojrzeć grań idącą na zachód na Velicky Sit (Wielicki Szczyt) aby sobie uświadomić, że to jest droga na Gierlach zwana Martinovką, którą przed wojną co ambitniejsi chadzali na Gierlach i to z schroniska w Roztoce. Jak mamy ochotę to możemy skoczyć przez jakieś 1.5 godziny tam i z powrotem na Vychodną Vysoką (Mała Wysoka) no i z powrotem do Slieskiego Domu i w dół, jedną z dróg podanych wyżej. - Oraz (wariant najbardziej lajtowy) – w Dolinie Wielickiej tylko Długiego Stawu i z powrotem a od Slieskiego Domu magistralą (czerwony) do Doliny Batizovskej (Doliny Batyżowieckiej) a konkretnie do Batizovskego Plesa (Batyżowieckiego Stawu). Jakby filancerii nie było to można wyraźną perć pójść w głąb doliny aby zobaczyć bardziej z bliska jak się to na Gierlach wchodzi lub z niego schodzi przez Próbę Batyżowiecką. I od stawu z powrotem żółtą ścieżką do Vyżnych Hag – teraz tam brzydko bo kalamita wszystko wykosiła równiutko. W Wyżnych Hagach w elektriczkę i do chałupy. Dla porządku dodam, że można też od Batyżowieckiego Stawu pójść dalej za zachód magistralą i zakosztować uroków słynnych piarżystych zakosów z Sedla pod Ostervom (Przełęczy pod Osterwą) do Popradzkiego Stawu. Od Popradzkiego Stawu najprostszą drogą (szlak niebieski) -–bo czasu już będzie mało – do przystanku elektricki Popradzkie Pleso i nią do Smokowca i dalej do Novej Lesnej. Do kolacji może być po piwku z takiej tradycyjnej butelki na kapsel na zawiasach, zapomniałem nazwę.
4 dzień – czyli dzień chwały.
Można oczywiście na Hrebienok popychać piechotą bo to niby szybciej bo tramwaj pierwszy bodajże o ósmej. Ale po kalamicie to tam kiepsko się idzie a i metrów w górę też co nieco. Jak kto woli, ze mną jak z dzieckiem. Jesteśmy na Hrebienoku i skręcamy w prawo magistralą (czerwone znaki) mijamy pierwsze wodospady, potem Rainerovą Chatę czyli najstarsze ponoć schronisko w Tatrach pieczołowicie odtworzone w ostatnich latach, potem drugie wodospady aż do krzyżówki z ścieżką malowaną na zielono i nią do Chaty Zamkovskich (można coś zjeść lub wypić, zapoznać się z cennikiem itd.) No i dalej „zieloną” ścieżką, zrazu całkiem prawie poziomo, jest to Mala Studena Dolina (Dolina Zimnej Wody). W ten sposób dochodzicie do progu, którym w górę (bywają płaty śniegu). Ten próg ma to do siebie, że się człowiekowi co rusz wydaje, że to już koniec ale to wcale nie koniec. Wreszcie schronisko – w Kotlinie Piatich Spisskych Plies (Dolinie Pięciu Stawów Spiskich) czyli górnego piętra Zimnej Wody – to Teryho Chata czyli słynna „Terinka” - czuj duch aby chatarowi Miro nie podpaść, bo jesteście zgubieni, przynajmniej w tym miejscu. To co dookoła nie opisuję bo się tu na poetę nie wynająłem. Powiem tylko jedno – mamy przed sobą Zachodnią Ścianę Łomnicy czyli „non plus ultra”. Ściana Małego Kiezmarskiego jest wyższa ale nie tak wspaniała. Podobno te skurczybyki chcą na niej ferratę poprowadzić – zbrodniarze. Patrzymy jeszcze w kierunku nie znakowanych perci na Lodovy Stit (Lodowy) i Baranie Sedlo (Baranią Przełęcz) oraz Pysny Stit (Durny Szczyt)i nie zabawiamy tu długo - idziemy dalej zielono/żółtą ścieżką w kierunku na Sedielko (Przełęcz Lodową). Po jakimś czasie zbaczamy w lewo i idziemy już żółtą ścieżką (uwaga – jednokierunkowa, tylko w tym kierunku). To taka słowacka mini Orla Perć na Priecne Sedlo (Czerwona ławka). Po drugiej strony przełęczy jesteśmy już w Velkej Studenej Dolinie (Dolinie Staroleśnej). No rzeczywiście, wielka to ona jest i otoczona wianuszkiem szczytów. Nietrudną już ścieżką (duże możliwości napotkania kozic i świstaków), dalej malowaną na żółto dochodzimy do schroniska Zbojnicka Chata, w którym to miejscu jako żywo nigdy żadnych zbójników nie było, a które przed wojną w gwarze taternickiej zwało się swojsko „trupiarnią”. Od schroniska podąża w górę niebiesko malowana ścieżka na przełęcz Prielom (Rohatka), z której schodzi się w dół do Bielovodskej Doliny (Doliny Białej Wody). Można też tuż obok (ale już w Białej Wodzie pójść na Polski Grzbień i dalej do Wielickiej ale to w następnym roku. Nie wszystko naraz – co za dużo to nie zdrowo. Od schroniska (uwaga – podłe żarcie) niebiesko malowaną ścieżką schodzimy w dół i koło Rainerowej Chaty nasza pętla się zamyka. Dalej na Hrebienok i albo tramwajem albo na piechty w dół do Smokowca. I dalej na kwaterę. Gatunek piwa do kolacji obojętny – już pewnie wiecie które dobre. A dlaczego dzień chwały? Bo przeszliśmy przez Czerwoną Ławkę. Słowacy twierdzą, że to trudniejsze od Orlej Perci, my dokładnie odwrotnie, oceńcie sami, pamiętajcie jednak, że gdy łańcuchy pod śniegiem co się często zdarza to się robi nerwowo.
5 dzień – Mengusovska Dolina (Dolina Mięguszowiecka)
Tak Bogiem a prawdą to w tym piątym dniu powinno się dać luz i pojechać do Popradu lub Vrbova na baseny termalne aby wymoczyć grzeszne ciało i odpocząć lub pooglądać w Popradzie i okolicy to i owo z tzw. substancji zabytkowej. A jest co. Ale tu towarzycho zażarte i gór nie odpuści. Trudno, sami chcieliście. Tak jak dolina Kiezmarska od wschodu najzacniejsza, tak Mięguszowiecka od zachodu Jeśli ktoś ma inne zdanie to jego sprawa. No i przypominam, że mówimy tu tylko i wyłącznie o Tatrach Wysokich.
A zatem ruszamy do Mięguszowieckiej, Rano do elektriczki. W zasadzie moglibyśmy wysiąść na przystanku Popradzkie Pleso ale proponuję jeden dalej, do końca elektriczki czyli do Szczyrbskiego Plesa. Piękne jezioro, w zasadzie dwa no i obok wstrętny kompleks budynków zbudowanych na jakiś FIS ale nad samym jeziorem niemiecka firma Kempinski remontuje stare zabytkowe obiekty. Będzie hotel na 5 gwiazdek. Szczyrbskie Pleso dla rodaków przyzwyczajonych do uroków Zakopanego jest ożywcze – tu jest trochę tego „czaru Krupówek”. Dlaczego więc polecam wysiąść tutaj.? Z kilku powodów – po pierwsze za dwa dni wrócimy do Zakopanego, wstrząs mógłby być zbyt silny, trzeba się powoli aklimatyzować. Poważnie – dla jednej ścieżki – odcinka magistrali, malowanej na czerwono, z której otworzy się nam widok na nieprawdopodobnie piękną Dolinę Złomisk, niestety dla turystów zabronionej (a koleb tam bez liku), ze ścieżki od Popradskiego, w zasadzie drogi samochodowej, tego nie zobaczymy. Serdecznie odradzam spędzenie przy schronisku w Popradzkim Plesie choćby 5 minut – choć widok z niego przepiękny. Jeśli mamy rezerwę czasu to wygospodarujmy godzinkę na odwiedziny Symbolicznego Cmentarza na zboczach Osterwy. Działa na wyobraźnię! Od Popradzkiego Plesa podążamy zielono malowanym szlakiem w głąb doliny Mięguszowieckiej aż do krzyżówki z czerwono malowanym szlakiem. I tu musimy podjąć decyzję. Albo skręcamy w prawo i idziemy przez przełęcz Vaha (Waga) na Rysy, albo idziemy dalej zielonym szlakiem by dojść nad Hincove Plesa (Hińczowe Stawy) i zobaczyć... jak wyglądają Mięguszowieckie Szczyty od tyłu. Tutaj możemy zakończyć trasę ale zalecałbym raczej pójść dalej i wejść na Vysne Koprove Sedlo (Koprową Przełęcz) a potem na Koprovsky Sit (Koprowy Szczyt), jeden z nielicznych szczytów w Słowackich Tatrach Wysokich, na który prowadzi znakowany szlak. Wrócić z Koprowego Szczytu musimy tak samo jak z Rysów, czyli tą samą drogą co weszliśmy, nie ma lekko. Dla porządku podaję, że z Koprowej Przełęczy można kombinacją kilku szlaków wrócić do Polski, konkretnie na Kasprowy ale jest to tak cholernie daleko, że nikomu, szczególnie z ciężkim workiem tego nie życzę. Do kolacji proponuję tym razem wypić trochę czerwonego wina – okazja jest szczególna – jutro czeka nas święty szczyt Słowaków czyli Krivan (Krywań).
6 dzień – Krywań Są tacy co twierdzą, że w słowackich Tatrach oprócz Bielskich, Wysokich i Zachodnich jest jeszcze osobna grupa Krywania. Jest w tym wiele racji – ten olbrzymi i zwarty kompleks górski jest jakiś inny niż sąsiednie Tatry Wysokie, nie mówiąc już o Zachodnich. No i jest to święta góra Słowaków, na którą co roku przez kilka dni suną prawie pielgrzymki – tzw. Narodny Vystup na Kryvan.
Rano jak zwykle do kolejki i do Szczyrbskiego Plesa.. I tu musimy coś zdecydować bo na Krywań wiodą dwie drogi i od lat wśród ludzi uczonych w piśmie trwa spór, która lepsza do zejścia a która do wejścia – nie podejmuję się go rozstrzygnąć. Proponuję złapać autobus i pojechać dalej Cestą Svobody (Od Szczyrbskiego Plesa znacznię węższą do Trech Studniczek i od nich doliną Ważecką przez około 5 godzin wspiąć się mozolnie na Krywań. Niektórzy twierdzą, że nudno. Rzecz gustu. Wracamy ścieżką malowaną niebiesko, w samej kopule szczytowej obie idą kawałek razem by przez tak zwany Predny Handel (Przedni Handel) dojść do malutkiego Jamskiego Plesa (Jamskiego Stawu), skąd w poprzek Doliny Furkotnej do Szczyrbskiego Plesa a tam w elektriczkę i na kwaterę.
7 dzień Czyli do domciu. Rano śniadanko, sprzątanko, pakowanko, żegnanie gospodarzy i w elektriczkę do Smokowca i potem do T. Łomnicy – autobus, Łysa Polana, busik, Zakopane, co za ulga.
Krupówki welcome to, Bahama Mama luz Gubałówka dzika dawno odkryta, Krupówki welcome to Krupówki welcome to, sun of Jamaica blues Polish Barbados i Galapagos Krupówki welcome to
Podsumowanie: Zapłaciliście za 6 noclegów powiedzmy po 250 Sk od głowy czyli 1500 Sk. Za te same noclegi w schroniskach zapłacicie tak średnio po 500 Sk, co prawda ze śniadaniami, ale raczej lichymi czyli 3000 Sk na twarz. Czyli macie 1500 Sk w kieszeni – starczy na bilety na kolejkę, to co kupicie do jedzenia, piwo itd. i jeszcze coś zostanie. Czysty zysk. Niematerialne zyski: - Śpisz w wygodnym łóżku a nie na czymś co udaje łóżko albo zgoła podłodze. - Co dzień możesz wziąć prysznic w gorącej wodzie i nie chodzisz brudny i śmierdzisz. A jaka regeneracja po powrocie z długiej wycieczki. - Jesz porządne śniadanie i kolację nie musząc się prosić o to abyś mógł zjeść coś swojego nie kupionego w schronisku (dwa razy drożej albo i więcej). - Masz do dyspozycji lodówkę i nic ci się nie zmarnuje (a w lecie bywa ciepło) - Na żadną z tras nie targasz ciężkiego plecaka, który naprawdę nie jest żadną przyjemnością ani cię nie nobilituje co niektórzy naiwnie sądzą. Trzeba mieć dwa plecaki, jeden duży i drugi mały, „szturmowy”. Ew. jak jest was np. trzech to pakujecie wszystko co trzeba w jeden duży i nosicie na zmianę
Powiesz jednak, że tracisz niepowtarzalny urok schroniska. Trele morele, w słowackich tego uroku jest jakby mniej a w takim Slieskim Domu lub Popradzkim Plesie w ogóle. Zresztą jak zechcesz to w następnym roku możesz spać w schroniskach. Ale będziesz je już wszystkie znał i wybierzesz te co chcesz.
Teraz spróbuję odeprzeć najcięższy zarzut – a co z Doliną Jaworową i Doliną Białej Wody, dlaczego ich tu nie ma w tym programie. Odpowiem nie wprost i pytaniem. A dlaczego tam jest pusto i trudno w nich Słowaka spotkać? Bo niestety te doliny jakby wypadły z planu zagospodarowania, nijak nie pasują do sieci schronisk a jeszcze bardziej pensjonatów i kwater. Do nich znacznie wygodniej wyjść z Polski, np. z schroniska w Roztoce i gdy zdołamy przejść na drugą stronę grani Tatr to wrócić autobusem do Polski. Iść nimi z ciężkim plecakiem do Słowacji to samobójstwo albo raczej samoudręczanie się. Na wszystko przyjdzie czas, na te doliny też. Przecież będziecie tu wracać (ja wracam przez 50 lat). Ten program daje wam elementarne rozeznanie słowackich Tatr Wysokich. Dowiecie się co gdzie jest i jak wygląda. W następnych latach możecie wprowadzić swoje indywidualne zmiany i warianty. Przede wszystkim, możecie z przewodnikiem lub bez (ale cicho sza bo zaczną tu krzyczeć) popróbować celów na, które szlak nie wyprowadza.
Na sam koniec dwa słowa o Słowackich Tatrach Zachodnich. W Polsce na ogół mówi się – wpierw Zachodnie a potem Wysokie. No tak – ale my mamy Tatry Zachodnie wysoce „przyjazne” i łatwe a w słowackiej części bywa trudno a przede wszystkim są nieprawdopodobnie długie trasy. One są trudniejsze od Wysokich. Ale i na nie przyjdzie czas - – jestem o tym przekonany. Powodzenia!
PS. Wszystkich starych repów proszę o wyrozumiałość za ew. błędy i wdzięczny będę za uzupełnienia, inne propozycje itd. Szczególnie liczę na BasięZ i Dagomara.
|
UFO Forum
|
Tajemnica Księżycowej Jaskini
Słowacy i Czesi nazywają ją POLMESIAĆNA JASKYNA, albo po prostu jak w tytule - MESIAĆNA JASKYNA - co po polsku znaczy tyle, co Półksiężycowa lub Księżycowa Jaskinia. W literaturze światowej pisze się najczęściej o niej - Jaskinia o Metalowych Ścianach, bądź po prostu - Studnia, co jest o tyle nieprecyzyjne, że chodzi tu raczej o szyb, strome wyrobisko, a nie formację naturalną, jaką jest jaskinia czy grota jako taka. Według wszystkich badaczy i entuzjastów hipotez o istnieniu zamierzchłych cywilizacji czy Cywilizacji Pozaziemskich - Księżycowa Jaskinia stanowi ślad i dowód na to, że jakieś 20.000 lat temu na terenach dzisiejszej Europy Środkowej istniała cywilizacja Ery Syberyjskiej, tak dokładnie i plastycznie opisanej przez Roberta E. Howarda, albo też nastąpiło lądowanie przedstawicieli Innej Cywilizacji - ziemskiej (np. Szamballi, Agarty, podziemnej K'n-yan lub z legendarnej wyspy Atlantydy) bądź pozaziemskiej. W Polsce temat związany z owymi osobliwościami jako, że na całym świecie podobnych szybów istnieje wiele, jest raczej nieznany. Zainteresowanych odsyłamy do "Księgi tajemnic 2" Thomasa de Jeana, wydanej w Łodzi, w 1992r. przez "Pandora Books", gdzie tekst o Księżycowej Jaskini znajduje się na stronach 79 - 88. Kompetentni tatrzańscy przewodnicy oraz wielu łowców osobliwości, traktują Księżycową Jaskinię jedynie jako legendę bez pokrycia w faktach. Rzecz w tym, że do chwili obecnej nikomu nie udało się odszukać miejsca, o którym w swoim dzienniku pisze Antonin T. Horak, a jest to jedyne źródło z opisem Księżycowej Jaskini. W latach 1992-95 sprawą tą zajął się słowacki badacz, lekarz i ufolog dr Milos Jesensky, który udostępnił nam wyniki swoich poszukiwań i tak oto mamy okazję zaprezentować rezultaty jego pracy.
Swego czasu Ronald D. Calais oznajmił światu o odkryciu w końcu lat 60. w kamieniołomach Mc Dermott (Ohio, USA), na głębokości około 15 metrów prehistorycznego szybu o okrągłym przekroju. Nikt nie zwrócił na niego wcześniej uwagi, a robotnicy pracujący w kamieniołomach zasypali go odpadkami produkcyjnymi, drobnymi kamieniami i żwirem.
Wydarzenia, o których piszę dalej, zostały przedstawione w pamiętniku, przez dziś już nieżyjącego kpt.dr Antonina T. Horaka, skąd cały tekst przytoczono niemal dosłownie w biuletynie National Speological Society - NSS News nr.3/1965, skąd został przedrukowany w pracy Jacquesa Bergiera i grupy INFO, "Le livre do l'inexplicable", Paryż, 1972. Autor pamiętnika - były oficer powstańczej armii sformowanej w czasie Słowackiego Narodowego Powstania, a potem językoznawca - próbuje w nim zachęcić speleologów, by znaleźli to, co Jacques Bergier nazwał "najdziwniejszą zagadką naszej planety" - stary szyb prehistorycznej kopalni, który odkrył w jednej z jaskiń na Słowacji. A oto, jak opisał to wszystko w dzienniku Antonin T. Horak, autor relacji, która spowodowała całe zamieszanie wokół Księżycowej Jaskini.
Zagadkowy szyb na Słowacji
23 października 1944 r.
Wczoraj wczesnym rankiem zostaliśmy znalezieni przez Slavka i ukryci w tej jaskini. Dzisiaj o zmroku, powrócił do nas ze swoją córką Hanką l przyniósł jedzenie i lekarstwa. Od piątku niczego nie mieliśmy w ustach, a przedtem, w czasie ostatnich dwóch potyczek jedliśmy tylko kukurydziany chleb, a i tego było mało.
W sobotę po południu, resztki naszego batalionu (184 żołnierzy i oficerów, z których 1/4 była ranna, a 16 ludzi było przenoszonych na noszach), kuśtykały po śniegu na północnym stoku. Moja kompania była w ariergardzie. W niedzielę o świcie zaatakowano nas z odległości 300 metrów, dwa 70-milimetrowe działa. Trzymaliśmy się przez 12 godzin, potem odparliśmy atak, ale lewe skrzydło nie wytrzymało, co kosztowało nas kilka ran. W czasie potyczki z nieprzyjacielem odniosłem rany bagnetem i kulą w lewą dłoń, a na dodatek zostałem jeszcze raniony w głowę, co wydarzyło się w następnym starciu. Z braku hełmu oberwałem solidnie po głowie - stąd dokuczliwa rana.
Odzyskałem przytomność, kiedy ktoś wyciągnął mnie z okopu. Był to wysoki chłop. Nacierał mi ręce i głowę śniegiem i uśmiechał się. Potem ten dobry Samarytanin zabrał się za Jurka. Zdjął mu spodnie, wyciągnął odłamek z nogi i położył na śniegu. Martinowi zręcznie przewiązał głęboką ranę na brzuchu. Kiedy zrobił prowizoryczne nosze, przedstawił się nam jako pasterz (właściwie był bacą) Slavek, do którego należały okalające nas pastwiska. Do naszego schronienia dostaliśmy się przy jego pomocy po 4 godzinach.
(Slavek) odwalił kilka głazów i pokazał wąski otwór - wejście do przestrzennej jaskini. Położył Martina do kąta a potem go przeżegnał, przeżegnał także i nas i jaskinię,. a potem z ukłonami żegnał się także przed tylną ścianą, gdzie widać było wejście do jej dalszej części.
Kiedy odchodził od nas, powtórzył ten sam rytuał i prosił mnie, bym nie szedł dalej w głąb jaskini. Poszedłem za nim kawałek mówiąc, że nazbieram czegoś do zjedzenia. Powiedział mi, że był w tej jaskini wraz z ojcem i dziadkiem, że jest to rozległy labirynt pełen przepaści, który nigdy nie mieli ochoty badać czy zwiedzać, że są tam trujące gazy i w ogóle "tam straszy". Powróciłem do jaskini około północy całkowicie wyczerpany. Ból głowy uśmierzałem śniegiem. Martin był nieprzytomny, a Jurek miał gorączkę. Zjedliśmy skromną wieczerzę. Obłożyłem Martina nagrzanymi kamieniami, a Jurek objął pierwszą wartę.
To była paskudna noc. Martin wrócił do przytomności, podałem mu trzy aspiryny i nieco wody ze śliwowicą, dokładnie z dziesięcioma kroplami. Głodny Jurek kręcił się koło dwóch niemieckich hełmów, gdzie gotowała się woda ze śniegu, do której dodałem po dziesięć kropli śliwowicy. Być może z powodu toczących się walk i zagrożenia lawinowego Slavek nie przyjdzie do nas wcześniej, niż... za kilka dni. Z dwoma chorymi na karku nie mogłem się nawet pokusić o zapolowanie na jakiegoś zwierza, nie mówiąc już o tym, że mógłbym zagubić się w nieznanym terenie. Mamy wszak jaskinie, do której, jak mówił Slavek może być jeszcze inne wejście i nie wykluczone, że nawet zimuje tu jakieś zwierzę. Rozważałem na głos takie możliwości, a Jurek żuł jodłową korę i prosił mnie, bym jednak poszedł w głąb jaskini na polowanie. Przyrzekł mi, że nikomu o tym nie powie. Nie czułem głodu, ale Interesowało mnie, co mogło przestraszyć tak pewnego siebie Slavka, że aż wzywał Boga. Zabrałem ze sobą broń i pochodnię. Po półtorej godzinie idąc dość wygodnym i bezpiecznym korytarzem, dostałem się do długiego jakby przedsionka zakończonego niewielkim otworem.
Wlazłem do tego otworu i stłukłem sobie kolano... było tam coś podobnego do wielkiego czarnego silosu wpuszczonego w białe podłoże coś jakby czarna lawa w otulinie soli czy lodu. Wytrąciło mnie to z równowagi i poczułem jakiś dziwny strach, bo zdałem sobie sprawę, że to, na co patrzę jest dziełem ludzkich rąk... Szyb był zakrzywiony, jakby odcisnął się w nim walec o promieniu 25 metrów. W miejscu, gdzie walec stykał się ze ścianą wytworzyły się białe stalaktyty i stalagmity. Ściana była niebiesko-czarna, z materiału, który stanowił połączenie stali, szkła czy porcelany i kauczuku. Spróbowałem tej substancji nożem - nawet nie zarysowałem jej. Pomyślałem, że jestem w dzikiej krainie, gdzie nie było nic, co wytworzyłaby cywilizacja i znajduje się w niej artefakt wysoki jak wieża, niczym baszta zamku wpuszczona w ziemię i pokryta naciekami...- mróz po kościach przeszedł mnie od tego wszystkiego.
W ścianie znajdowała się wąska i długa szczelina, na dole szeroka na jakieś 20-25 cm u samej góry ledwie 2-5 cm. przez którą z biedą byłby w stanie przecisnąć się człowiek. Wnętrze jej jest zupełnie czarne i pokryte ostrymi szczerbami, wielkimi jak pięść. Dno szczeliny ma kształt płytkiego koryta w ŻÓŁTYM PIASKOWCU i jest nachylone pod kątem około 60°. Wsunąłem tam zapaloną pochodnię, zasyczała jak węgle wrzucone do wody i zgasła.
Chciałem zbadać rzecz na miejscu i stwierdziłem, że mogę przecisnąć się przez szczelinę. Najpierw przepchnąłem tam głowę i prawą rękę. Ręka ze świeczką (którą miałem) też przeszła, ale musiałem działać szybko, bo było mało stearyny. Chwilowo dałem więc za wygraną - na razie, bo zagadka bardzo mnie zafascynowała. Zdecydowałem, że jeszcze tu wrócę.
Do naszej jaskini powróciłem około czwartej po południu. Jurek umył Martina i położył go między ciepłe kamienie. Dałem mu trzy aspiryny i ciepłej wody ze śliwowicą. Wyjaśniłem Jurkowi, że do polowania będzie mi potrzebny powróz, tyczka i pochodnia. Na szczęście przyszli Slavakowie z zapasami.
Potem poszedłem z nimi, by nazbierać sucharów na pochodnie. Półmartwy ze zmęczenia powróciłem do jaskini około drugiej nad ranem - ale wreszcie się najedliśmy, Jurek aż za bardzo - więc jako drugi objąłem wartę.
24 października 1944r.
Noc przebiegła spokojnie. Martin wypił ziołowy wywar z miodem przeciw gorączce. Mam nadzieje, że się z tego wygrzebie. Jurek nie ma już tak opuchłych pleców, ale moja głowa jeszcze nie jest w porządku. Pociąłem nasze pasy i rzemienie dzięki czemu zdobyłem jakieś 8 metrów mocnej liny. O godzinie 10 byłem znów przy ścianie, gdzie przeciągnąłem pręt z uwiązaną linką, po której przelazłem na drugą stronę szczeliny ciemnego szybu. Tym razem miałem karbidówkę, którą przerzuciłem tam najpierw. Nie widziałem niczego, ale słyszałem coś, jakby dźwięk przepływającej wody. Bałem się, że za szczeliną jest przepaść i że wpadnę tam głową w dół. Nie było w szczelinie żadnych luźnych kamieni, więc odłamałem kilka stalagmitów i rzuciłem je w ciemność. Słyszałem jak turlały się po spągu i zatrzymywały z trzaskiem, co upewniło mnie w tym, że jest tam jakieś dno. Potem rzuciłem zapalone łuczywo i wreszcie podążyłem za nim. Wyleciałem ze szczeliny po drugiej stronie, poturlałem się i zatrzymałem na ścianie, która była tak samo gładka, jak ta od strony jaskini. Lampa jeszcze się koło mnie paliła i słyszałem jakieś dziwne dźwięki. Kiedy zapaliłem pochodnie zauważyłem, że znajduje się w szybie o zakrzywionych czarnych ścianach, które tworzyły niemal pionowy komin o przekroju sierpowatym (rys. 3. 3.) Nie jestem w stanie opisać tej ciemności ani zwielokrotnionego odgłosu mojego oddechu czy każdego ruchu. Dno szybu było wyłożone (a może wykute) solidnym wapieniem.
Wszystkie światło, którym dysponowałem, nie było w stanie dokładnie oświetlić stropu, gdzie ściany się kończyły lub stykały. Pozioma odległość pomiędzy ścianami szybu wynosiła około 8 m, a pomiędzy "szpicami" sierpa aż 25 m. Do dalszych badań potrzebowałem więcej pochodni i dłuższych tyk, które jednak by się nie zmieściły w wejściowej szczelinie.
Wracałem umorusany ale pełen nadziei, że uda mi się do końca zbadać tą niezwykłą strukturę, która była chyba jedyna na świecie. Tym razem udało mi się sforsować szczelinę bez problemów. Wylazłem z szybu, zapaliłem i poszedłem z powrotem do mych towarzyszy niedoli. W drodze powrotnej chciałem złapać jakiegoś nietoperza, ale nadaremnie. Jurek gotował ziemniaki i wybaczył mi niepowodzenie w polowaniu, potem namaścił moje rany na plecach i pozszywał koszulę. Martin zjadł kawałek chleba i popił wywarem z ziół doprawionym miodem. Po 18. wybrałem się po zapas drewna na ognisko i pochodnie i powróciłem około 22. Jurek pilnował cały czas jaskini.
25 października 1944r.
Noc upłynęła spokojnie. Martin ma się nieźle. Jestem zadowolony także z tego, że rany Jurka już się goją i chciałby pójść ze mną. Lepiej byłoby jednak, aby nie wiedział nic o tajemnicy jaskini... Tak jak poprzednio wślizgnąłem się w szczelinę uprzednio zdjąwszy ubranie, ale tym razem nogami do przodu. Mimo tego, że przywiązałem pochodnie do dwóch tyczek, nie byłem w stanie ujrzeć stropu szybu. Strzeliłem dwukrotnie wzdłuż ściany do góry. Zahuczało jak uderzenie pioruna, a właściwie przypominało to huk przejeżdżającego ekspresu i to wszystko. Wystrzeliłem więc jeszcze raz w każdą ścianę po jednej kuli. Z miejsc trafień wyskoczyły niebiesko-zielone iskry na wysokości około 15 metrów nade mną a łomot był taki, że musiałem zatkać uszy... Kiedy uderzyłem w ścianę dziobem czekana wywołałem kolejną Fale dudnienia.
Następnie sondowałem zalegający na dnie szybu regolit, a potem zacząłem kopać w rogach "Półksiężyca", tam gdzie skała wapienna była najsłabsza. W prawym rogu był suchy ił, w lewym pod półmetrową warstwą iłu znalazłem jakiegoś wielkiego zwierzęcia. Kiedy kopałem dalej, to po przekopaniu 150 cm natrafiłem na tylnej ścianie na gładkie żłobkowanie, jakby poziome sfalowania, które wydawały się być cieplejsze od reszty skały, a zbadałem te rysy jeszcze płatkami uszu i wiem, że się nie mylę. Pod warstwą iłu dno było zupełnie twarde.
Kiedy dopaliły mi się pochodnie, poczułem na sobie zimny pot. Opuściłem "półksięźycowy szyb", ubrałem się i poszedłem na miejsce, gdzie znajdowały się nietoperze. Upolowałem ich siedem. Jurek zrobił potem potrawkę z chleba, ziół i tych nietoperzy. 26 października 1944r.
Noc przeszła spokojnie. Wróciłem do szybu by kontynuować badania. I znów, mimo użycia przeze mnie najdłuższej tyczki i pochodni, nie udało mi się oświetlić stropu. Strzeliłem nad oświetloną część - kule wydobyły ze ściany wielkie niebiesko-zielone iskry i dudnienie, ale nie odłupał się ani okruszek dziwnej wykładziny ściany. Jednakże pociski zrobiły w ścianie rysy na pół palca długie, z których wydobywał się ostry zapach. Ponownie zacząłem kopać w lewym rogu i stwierdziłem, że okładzina metalowa ciągnie się w głąb, czego nie było w prawym rogu.
Wydobyłem się z szybu i obejrzałem sobie zewnętrzną ścianę oraz jej otoczenie. W stalaktycie było kilka cętek, podobnych do szkła. Kiedy je skrobałem, to otrzymałem bardzo drobny proszek, którego nie można było zebrać bez kleju. Postanowiłem otrzymać klej z pazurków nietoperzy. Chciałem zdobyć choćby niewielką próbkę tego materiału, z którego były wykonane nad wyraz gładkie ściany "Półksiężycowego szybu". Mimo, że strzelałem zawsze w to samo miejsce, gdzie odbijały się kolejne kule, to w efekcie nie uzyskałem niczego poza ostrym zapachem i wibrującym dźwiękiem rykoszetujących pocisków.
W drodze powrotnej złapałem kilka nietoperzy i znowu mieliśmy je w "potrawce"... Powiedziałem Jurkowi, aby odciął im nóżki. Wieczorem, jak zwykle, przyszedł Slavek z córką i przynieśli ze sobą ćwiartkę jelenia, pół kilo soli i torebkę karbidu. Jurek ponownie przez całą noc trzymał wartę.
27października 1944r.
Martin zmarł we śnie. Jurek, który zna jego rodzinę, wziął na siebie przekazanie jego dobytku - portfela z 643 koronami, zegarka z grawerką i aktu zgonu, który mu wystawiłem. Teraz możemy już odejść i dołączyć do naszego batalionu, który znajdował się na wschód od Koszyc. Jurek może przejść o kuli jakieś 10 km dziennie, ale musimy poruszać się ostrożnie. Jutro ruszamy.
O 10. byłem w jaskini i poszukiwałem możliwości dostania się do niej od tyłu bądź z góry. Na lód i trujące gazy nie natknąłem się w niej i chyba ich tam nie było, mimo zapewnień Slavka. Potem wlazłem do szybu i dalej kopałem i myślałem nad tym problemem. Powróciłem do groty około 16. Nakazałem Jurkowi spakować nasze rzeczy, wyczyścić broń, przygotować jedzenie na siedem dni i zwrócić Slavkowi wszystko co nam pożyczył. Przyszedł on z obiema córkami, jak tylko dowiedział się, że Martin zmarł. Przenieśliśmy go do okopu i tam pochowaliśmy.
28 października 1944r.
Spokojna noc i tym razem dobre śniadanie. Wyryłem swe imię i nazwisko, itd na pasku a wszystko to wpakowałem w złotą kopertę mojego zegarka, które to rzeczy włożyłem do butelki, którą zatkałem mieszaniną gliny i węgla drzewnego. Ten dowód mojej bytności włożyłem do "szybu księżycowego" na resztki spalonych pochodni. Wygląda na to, że zostanie tam na długo, aż do czasu, kiedy nacieki wapienne całkowicie zamkną wejście do szybu. Slavek nie ma syna, któremu mógłby przekazać tajemnice szybu, jego córki jej nie znają, a zazwyczaj wydawały się w innych wsiach. Jeżeli nie powrócę do tej jaskini, to za parę dziesięcioleci zniknie ona z ludzkiej pamięci.
Siedziałem przy ogniu i zastanawiałem się, czemu miała służyć ta struktura ze ścianami grubymi na dwa metry i tak dziwnym kształtem i nic nie wymyśliłem. Jak głęboko była wbita w skałę ? Czy jest tam jeszcze coś Innego oprócz tego szybu? Czy był to wytwór ludzkich rąk ? Ile jest prawdy w legendach Platona o dawno znikłych cywilizacjach dysponujących magiczną techniką, jakiej nawet nie możemy sobie wyobrazić?...
Jestem człowiekiem ostrożnym w osądach, z wykształceniem uniwersyteckim, ale muszę dopuścić myśl, że tam między tymi wysokimi, idealnie pochylonymi, wręcz z matematyczną dokładnością zakrzywionymi ścianami, czarnymi, gładkimi jak atłas, odczułem tchnienie jakiejś nieznanej potęgi. Teraz rozumiałem w pełni zachowanie się Slavka i jego przodków, którzy swymi praktycznymi i prostymi rozumami sądzili, że są to jakieś czary? .. Slavek ukrywał fakt istnienia Księżycowej Jaskini z obawy przed najazdem hord turystów i wszystkim, co taki najazd niesie. Czyżby przerażała go komercjalizacja jego prostego życia na łonie przyrody ?
W drodze powrotnej zamaskowałem otwory wiodące do jaskini. Być może ma ona jakieś wejścia, których Slavek nie zna, a przez które może wejść tam jakiś poszukiwacz "skarbów" czy speleolog. Wróciłem o 3. po południu. Około 5. przyszli Slavkowie przynosząc kilka jajek na twardo.
Żegnając się po słowacku uścisnęliśmy sobie mocno ręce, zabraliśmy broń i nasze rzeczy i poszliśmy. Kiedy weszliśmy do lasu, obejrzeliśmy się widząc Sląvka zakrywającego wylot jaskini. Jego córki zamazywały nasze ślady. Śnieg skrzył się w jasnym świetle wschodzącego Księżyca.
W ostatnich dniach II wojny światowej jadąc do Czech odwiedziłem to miejsce ponownie. Slavkowie mieszkali tymczasowo w Zdiarze. Odwiedziłem grób Martina i poszedłem obejrzeć wejście do jaskini. Zęby zwierzęcia, które tam znalazłem oddałem konserwatorowi w wydziale muzeum paleontologicznego w Użgorodzie (Ukraina). Konserwator określił je jako zęby dorosłego niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spealeus). I znów wynikły z tego pytania: wejście jest bardzo ciasne - jak ten niedźwiedź się tam dostał ? Wszak blok wapienia i stalaktyty były nienaruszone i nic nie wskazywało na to, by cokolwiek je uszkodziło. Widocznie miś spadł do szybu wtedy, kiedy miał on jeszcze połączenie z powierzchnią ?. . .
Przy ostatnich odwiedzinach tamtego terenu zbadałem całe zbocze góry nad jaskinią i nie znalazłem żadnego otworu, który mógłby być połączony z "półksiężycowym szybem". Jednak w tak młodych górach jakimi są Tatry, mogło je zatarasować jakieś obsunięcie skały, co się często tam zdarza.
Tak kończy się relacja (opowieść, sprawozdanie?) kpt.dr Antonia T.Horaka. Idąc tropem tej niecodziennej publikacji pochodzącej od jednej osoby, która dzięki sprzyjającym aczkolwiek dość niezwykłym okolicznościom, miała okazję natrafić na dziwny twór w labiryncie podziemnych jaskiń, postanowiłem zająć się całą sprawą w nadziei, że uda mi się jeżeli nie rozwiązać do końca, to przynajmniej zbliżyć do ostatecznego rozstrzygnięcia zagadki szybu. Z czasem okazało się, że nie jest to takie łatwe, jakby mogło się wydawać, niemniej po bliższym przyjrzeniu się całej historii i sprawdzeniu szeregu danych związanych z bohaterami przedstawionych w dzienniku wydarzeń, nasuwają się pewne wnioski. Zacznijmy więc od zrekapitulowania naszej wiedzy o tych osobach, względnie grupach osób, będących dramatis perso nac:
Batalion: Do 20 października 1944r. brał udział w dwóch bitwach, podczas których wpadł w ręce wroga cały oddział intendentury. Nieprzyjaciel zniszczył cały system aprowizacyjny i żołnierze nie mieli nic do jedzenia, poza chlebem kukurydzianym, którego było zresztą bardzo mało.
Stan żołnierzy i oficerów w dniu 21 października 1944 r wynosił 184 ludzi, z czego 25% było rannych a 16 na noszach. Wynika z tego, że pododdział ten miał jedynie 1/3 swego pierwotnego stanu, czyli ok. 500 żołnierzy. 21 października resztki batalionu cofały się po północnym stoku gór, prawdopodobnie w kierunku wschodnim. O świcie 22 października zostali oni zaatakowani przez jednostkę Wehrmachtu i ostrzelani dwoma działami 70 mm z odległości około 300 metrów. Bitwa trwała około 12 godzin. Od 23 października batalion cofał się w kierunku Koszyc a około 27 października 1944r. został dyslokowany na wschód od Koszyc, gdzie czekał na przyjście Armii Czerwonej, aby się z nią połączyć.
Kompania: (należała do wyżej wymienionego batalionu). Jej dowódcą był około 20 października kpt. dr Antonin T.Horak a jej szeregowymi żołnierzami szeregowcy Jurek i Martin (ten ostatni zmarł 27 października 1944r.). W czasie wycofywania się batalionu w dniach 20-22 października 1944r., kompania ta była w ariergardzie i przez 12 godzin osłaniała odwrót sił głównych. Potem kpt. Horak zarządził oderwanie się od nieprzyjaciela. Przy wycofywaniu się dwa granaty wpadły w lewy okop i zranionych zostało dwóch żołnierzy. Dowódca kompanii, który tam się udał, został zaatakowany przez nieprzyjaciela i otrzymał kilka ran od bagnetu, postrzał w lewą dłoń oraz cios w głowę, po którym stracił przytomność. Wszyscy ranni zostali na polu bitwy a reszta kompanii zdołała się wycofać. Tamtejszy gospodarz ukrył ich przed Niemcami.
kpt.dr Antonin T.Horak: (dowódca kompanii). Miał akademickie wykształcenie. W boju przeciwko Wehrmachtowi 22 października 1944r. został zraniony w lewą rękę i w głowę. Został nieprzytomny na polu walki. Przez kilka dni ukrywał go miejscowy gospodarz. Dołączył do kompanii około 5 listopada 1944r. w okolicach Koszyc.
Martin: (żołnierz kompanii), został zraniony w brzuch podczas starcia z Wehrmachtem 22 października 1944r. Rana była bardzo głęboka. Został na polu walki i ukrywał się razem z kpt.drHorakiem. W nocy 26/27 października 1944r zmarł. Pochowano go w okopie, w którym został zraniony. Na wiosnę 1945r. na jego mogile gospodarz postawił krzyż. Akt jego zgonu wystawił kpt.dr Antonin T. Horak.
Jurek: (żołnierz kompanii), mieszkał w Bratysławie i z zawodu był cieślą. W październiku 1944r. był albo kawalerem albo rozwiedziony. Jego ojciec był przed wojną w USA. Znał Martina i jego rodzinę. W bitwie z Wehrmachtem był zraniony odłamkiem granatu w udo. Został na polu walki i ukrywał się potem z dr Horakiem, z którym 5 listopada dołączył do kompanii w okolicy Koszyc. Po wojnie ożenił się z Hanką, córką bacy Slavka.
Miejsce bitwy i odniesienia ran: Stoki Tatr, północne zbocze z okopami. W jednym z nich pochowano Martina, a na jego grobie miał stanąć krzyż. Okoliczne pastwiska należały do Slavka.
Slavek: baca, właściciel kilku pastwisk, gospodarz. Należy do starych osadników w tych stronach jako, że tam mieszkał jego ojciec i dziad. Miał dwie córki - Hankę i Olgę.
Hanka: w październiku 1944 r była na wydaniu. Po wojnie najprawdopodobniej wyszła za szeregowego Jurka, cieślę z Bratysławy. Kpt. Horak dał jej list do znajomego jubilera, by przekazał jej w prezencie ślubnym druzę czeskich granatów.
Położenie Księżycowej Jaskini: (wg. danych z 1944r) Niezarośnięty, stromy stok (groziły lawiny). Droga z pola bitwy do jaskini zajęła Slavkowi i jednemu lekko rannemu mężczyźnie niosącym dwóch ciężej ranionych ludzi, aż 4 godziny. Na trasie pomiędzy polem bitwy a jaskinią była kosodrzewina.
Opis Jaskini: Wąskie przejście wiodło do przestrzennej sali. Dalej było wąskie przejście do labiryntu pełnego przepaści i źródeł wydzielających trujące gazy(S02, SO3 H2S, CH4, CO, CO2,???), ale w jaskini były nietoperze. Świadczyło by to, że w jaskini nie mogło być trujących gazów typu CO czy CH4, bowiem nietoperze nie mogłyby żyć w zatrutej atmosferze.
Jako pierwsi Księżycową Jaskinią zainteresowali się znani w Czechach "łowcy tajemnic", inż Ivan Mackerle i Michał Brumlik, którzy dokonali swojej pierwszej wyprawy na Słowację w dniach 7-11 października 1982r. Celem ekspedycji było zweryfikowanie niektórych podstawowych danych, takich jak:
1. Wyznaczenie na mapie lokalizacji Księżycowej Jaskini według informacji zawartych w pracy Jacquesa Bergiera;
2. Odszukanie osób, które znają miejsce wejścia do Księżycowej Jaskini, tj. kpt.drA.T.Horaka, Jurka, Slavka, jego córki oraz ich krewnych;
3. Sprawdzenie i porównanie z zapiskami kpt. Horaka opisów walk jednostek powstańczych SNP z wojskami Wehrmachtu i podległymi ks. Tiso;
4. Odnalezienie punktów orientacyjnych wymienionych w dzienniku kpt. Horaka, które mogłyby pomóc w zlokalizowaniu Księżycowej Jaskini (2)
Ekspedycja ta przyniosła konkretne rezultaty - odcinek, na którym miała by leżeć Księżycowa Jaskinia, miał znajdować się na Levoczeskich wzgórzach, które od roku 1952 są poligonem wojskowym. Wejść tam można jedynie za okazaniem specjalnej przepustki. Uściślono także jej położenie geograficzne: 49 02' N i 20 07' E z dokładnością do 10', co odpowiada koordynatom: 49 12' N i 2° 17' E (lokalizacja "a" i "b" na mapce I; lokalizacja "d" wskazuje na miejsce położone na Levoćskich Vrhach, na pozycji 49° 12' N i 20° 44' E.) Co do lokalizacji na terenie Levoćskich Vrchov, to Jaskinia powinna się znajdować na południe od wsi Jakubany, pomiędzy górami Kećera i Magurić (na mapce I lokalizacja "d"). Dochodzenie przeprowadzone we wsiach: Jakubany, Kolaćkov, Śambron i Bąjerovce przyniosło kolejny fakt. Otóż w czasie [I wojny światowej w tych miejscowościach nie mieszkał żaden gospodarz, który miałby tylko dwie córki o takich imionach. W październiku 1944r. nie było tu żadnych walk, a także nie przechodziły tu powstańcze wojska w sile batalionu czy choćby kompanii. W ogóle nie było tam żadnych grup partyzanckich.
Pewien emerytowany pułkownik powiedział badaczom, że nic mu nie wiadomo o jakimkolwiek partyzanckim oddziale, który 22 października 1944 r. toczył boje z Wehrmachtem na wschód od Levoćy. Była to najkrytyczniejsza faza SNP, kiedy to siły powstańcze spychano w kierunku Wysokich Tatr, gdzie przechodziły one z regularnego na partyzancki sposób walki. Jest to raczej mało prawdopodobne, by ktoś kierował się na wschód, lecz takiej możliwości nie można całkowicie wykluczyć. Mogła to być na przykład grupa żołnierzy, którzy postanowili przebić się do swoich domów. W tym celu wyłonili spomiędzy siebie dowódcę i dlatego ich marsz był zorganizowany na wojskowa modłę.
Podczas dochodzenia wypytywano ludzi o słowo "Yzdar", co miało oznaczać nazwę miejscowości, w której baca Slavek miał przebywać tymczasowo po wojnie. W dwóch niezależnych od siebie przypadkach padła nazwa miejscowości Źdiar, gdzie, rzeczywiście byli bacowie, a nazwisko Slavek mogło tam występować.
Niestety, w Zdiarze nawet najstarsi mieszkańcy twierdzili, że żaden baca Slavek ani żadne walki pomiędzy słowackimi patriotami a Wehrmachtem nie miały miejsca ani w październiku, ani innych miesiącach 1944r....
Druga ekspedycja inż.Mackerlego i Brumlika odbyła się w dniach 12-21 lipca 1984r i jej celem było zidentyfikowanie miejsca potyczki kpt Horaka z Niemcami, zbadanie narodowości i tożsamości osób występujących w tym wydarzeniu oraz odszukanie ich krewnych.(3) Z dziennika kpt. Horaka wynika, że rodzina Slavka należała do stałych osadników, autochtonów. Slavek twierdził, że zwiedzał jaskinie ze swym ojcem i dziadkiem, przeto wysoce prawdopodobne jest, że jego córki także tam się urodziły. Z Hanką chciał się żenić w 1944r. partyzant Jurek, a więc mogła mieć wtedy 15-20 lat, co by oznaczało, że urodziła się pomiędzy 1916 a 1929 rokiem. Gdyby Olga była młodsza, to miałaby wtedy poniżej 8 lat, a co za tym idzie, nie mogłaby pójść z ojcem w góry. Poszukiwano więc wszystkich dziewcząt o imieniu Hanka (Hana) i Olga, urodzonych pomiędzy rokiem 1916 a 1936. Imię Hanka czyli Hana jest imieniem czeskim i jako takim nieczęsto używanym na Słowacji, ale podobnie jak w Polsce - o Annie mówi się tu właśnie Hanna. W wykazach metrykalnych z okresu od l stycznia 1923 do 31 grudnia 1949 znajdują się tylko dwie Olgi i kilka Ann, przy czym ŻADNEJ Oldze NIE odpowiadała Anna O TYM SAMYM NAZWISKU, i żadna z nich nie miała ojca o nazwisku Slavek, albo Slav (Slavomir). Co więcej - imię Hana nie występuje tam w ogóle.
Zapisy metrykalne z okresu od l stycznia 1907 do 31 grudnia 1922 także nie rejestrują imion Olga i Hana - są jedynie trzy Anny, ale ŻADNA z nich nie miała ojca Slava... Powyższe ustalenia nie mogą jednak stanowić ostatecznego argumentu jako, że wszystkie wymienione osoby mogły używać swych drugich imion, jak to jest praktykowane np. na małopolsce, bądź pseudonimów np w przypadku bacy Slavka - wszak trwała wojna.
Podobnie negatywne rezultaty przyniosło poszukiwanie na terenie Liptowskiej Osady i Liptovksiej Luźnej - w latach 1916-1929 żadnemu mężczyźnie o nazwisku Slav lub podobnym, nie urodziły się córki Olga I Hana.
Były pułkownik z 6. Taktycznej Grupy "Zobor", która operowała na terenach, gdzie znajdował się pododdział kpt. Horaka, stwierdził, że nic mu nie wiadomo o istnieniu oficera o tym nazwisku i dodał jeszcze kilka informacji:
1. ŻADEN batalion czy inny pododdział nie cofał się w kierunku Koszyc. Wszystkie jednostki ciągnęły w kierunku Tatr, gdzie były one rozformowywane. Żołnierze do nich należący albo wracali do domów, albo walczyli dalej w grupach partyzanckich - także w Polsce, aż do roku 1945;
2. Aż do dnia 28 października 1944r. na tym obszarze nie było śniegu.!!! Dopiero 28 października zaczął padać deszcz ze śniegiem. Wiele śniegu spadło dopiero po 3 listopada 1944r.
Analiza ta nie przyniosła zatem żadnych konkretnych wniosków. Nie udało się zidentyfikować ani jednej osoby, która znała położenie Księżycowej Jaskini:
kpt Horaka nie znali ani miejscowi mieszkańcy, ani żołnierze powstańczej armii;
baca Slavek z dwoma córkami Olga i Hanką nigdy nie mieszkał w północnej części Levoćskich Vrhov, tak samo jak w miejscowości Źdiar (Yzdar). Na obszarze Levoćskich Vrchov samo nazwisko Slavek nie występuje.
Nie udało się także potwierdzić informacji zawartych w dzienniku kpt. Horaka:
22 października 1944r. na tym obszarze nie doszło do żadnej potyczki;
ani mieszkańcy, ani leśnicy nic nie wiedzieli o mogile powstańca w tej okolicy;
na obszarze Levoćskich Vrchov nie występują sosny i kosówka;
nie ma informacji o opadach śniegu w końcu października 1944r.
Dalsze dochodzenie przyniosło jeszcze jeden rezultat - otóż podane przez "NSS News" koordynaty miejsca, gdzie miałaby znajdować się Księżycowa Jaskinia zostały wyssane z palca przez redaktora naczelnego "NSS News" dr.G.Moore'a, który podał je wedle skróconej wersji dziennika dr.Horaka. Wersję tę podał Thomas de Jean w "Księdze tajemnic 2" i niezbyt dokładnej mapy Czechosłowacji.. Założono bowiem, że Księżycowa Jaskinia jest położona na północnym stoku Niskich Tatr, co odpowiadało twierdzeniu dr. Horaka, że jaskinia znajduje się po północnej stronie Tatr, że pod koniec wojny baca Slavek mieszkał tymczasowo w Źdiarze, o walkach z Niemcami, o występowaniu kosówki, itd.itp. Wytypowanie miejsca blisko Liptowskiej Osady, pomiędzy L'ubochńou a Pamicou (Thomas de Jean podaje nazwy miejscowości jako "Plavince" i "Lubocna") jak już nam wiadomo nie wypaliło. Nie pasowało do faktów.
Jedno, co udało się udowodnić ze stuprocentową pewnością, to że wszystkie daty umiejscowiające w czasie te wydarzenia są FAŁSZYWE. I tak np. silny opad śniegu miał miejsce 3 listopada 1944r., a 22 października śniegu jeszcze nie było - co stoi w jawnej sprzeczności z tym, co pisze dr. Horak. Wypływa z tego wniosek, który zda się potwierdzać dość oczywisty fakt, że dr.Horak spisywał swój pamiętnik NIE NA MIEJSCU wydarzeń, ale ZNACZNIE PÓŹNIEJ ! a mianowicie w 1965r., kiedy już niezbyt dokładnie pamiętał wydarzenia... Bitwa z hitlerowcami miała miejsce nie 22 października, ale właśnie 3 listopada 1944r. Dlatego nie można posiłkować się zapiskami dr. Horaka przy ustalaniu wydarzeń historycznych...
Dalsze poszukiwania przyniosły nieco więcej informacji na temat tożsamości kpt.dr.Antonia T. Horaka. Według aktualnie u-zyskanych informacji chodzi o oficera w randze kapitana, który został prawdopodobnie zrzucony na terytorium Słowacji, w składzie brygady powietrznodesantowej złożonej z Czechów i Słowaków w ZSRR, a którzy walczyli uprzednio w brytyjskim RAF. Po wojnie opuścił on Czechosłowację i przeniósł się do USA, gdzie od roku 1965 mieszkał w Pueblo (Colorado). Był doktorem lingwistyki i właścicielem restauracji. Jego żona miała na imię Anna. Zmarł w czerwcu 1976r.
Dalszą przesłanką pomagającą przy lokalizacji Księżycowej Jaskini, byłoby występowanie skał wapiennych na Słowacji. Opisywane podziemne przestrzenie miały bowiem znajdować się w skałach wapiennych. W tym celu należało by nanieść na mapę podstawowe punkty odniesienia oraz obszary skał wapiennych. Musiałyby one być na tyle dokładne, by można było zlokalizować na niej w sumie niewielkie gniazdo wapieni w otaczającej je innej skale (w przypadku Księżycowej Jaskini, w piaskowcu) a takie struktury istnieją w północnej Słowacji. To Tatry Bielskie...
Interesujące jest także wyjaśnienie podane przez geologa z Ustredneho geologickieho iistavu w Pradze Czeskiej, który uważa za prawdę to, co napisał dr.Horak, a co dotyczy jaskini i jego dokonań, choć to obraz na wskroś subiektywny. Dziwne wydaje się na przykład, że w dzienniku nie wspomina on słowem o wielkościach, które charakteryzują podziemny świat jaskiń.
Dowodziło by to, że kpt Horaka interesowały nie tyle szczegóły penetrowanych okolic, ile wyłącznie jego własne zainteresowania i spostrzeżenia. Innymi słowy, bardziej polegał na własnych odczuciach aniżeli na w miarę obiektywnym podaniu dokładnych okoliczności, jakie towarzyszyły kreślonym wydarzeniom sprzed wielu lat. Potwierdza to tym samym, że dziennik został napisany nieco później, jako "wspominki z lepszych czasów..." Na przykład, opisowy zwrot: "in the Tatra Mountains" może (ale wcale nie musi) oznaczać Tatr jako takich, ale inne pasmo górskie, położone w ich pobliżu. Kolejna informacja: "at Zdar" wskazuje, że może chodzić tu o miasteczko Zdiar na obszarze Tatr Bielskich.
Dr Antonin T. Horak po wojnie wyjechał z Czechosłowacji i osiadł na stałe w Pueblo, w stanie Colorado. Pracował jako lingwista i posiadał swoją restaurację. Zmarł w czerwcu 1976 roku, jego żona miała na imię Anna i to wszystko, co dziś wiemy o tym człowieku. Nie natrafiono na żaden ślad jego krewnych czy znajomych w Czechosłowacji. W redakcji czasopisma wydawanego przez U.S.S. Geological Survey tego autora już nie pamiętali, redaktor dr G.Moore odpisał inż. Mackerlemu, że informacje o szerokości i długości geograficznej Księżycowej Jaskini sam sobie wymyślił patrząc na mapę Czechosłowacji i nie muszą one być konkretne.(7) Jak doszedł do nazw "Plavnica" i "Lubocna" tego już nie wiedział, a w oryginalnym tekście Horaka nic o nich nie ma. Jest dość prawdopodobnym, że dr Horak wspominał o nich przy spotkaniu z dr Moore'em, ale nie wiadomo w jakim kontekście.
Pierwsza wyprawa, która miała miejsce w dniach 7-11 października 1982r. kierowała się podanymi koordynatami długości i szerokości geograficznej. Badacze wyszli także z założenia, że idzie o błąd w druku: Lubocna = Lubovńa, itd. bo w miejscu z podanymi współrzędnymi leżą dwie miejscowości - Stara Lubovńa i Plavnica. Ekspedycja wytyczyła sobie takie cele:
1. Odnaleźć miejsce potyczek według wskazówek dziennika;
2. Określić losy i uzyskać bliższe informacje o pododdziale dr Horaka. Wiadomo, że miał on 184 żołnierzy, maszerowali w kierunku Koszyc, co było samo w sobie nietypowe, a to dlatego, że zdecydowana większość powstańców SNP kierowała się ku Bańskiej Bystricy, albo rozformowano ich oddziały, a oni sami udawali się do domów;
3. Uzyskać bliższe dane o kpt. drHoraku, datę i miejsce jego urodzenia, co pozwoliłoby na odtworzenie jego życiorysu i szlaku bojowego;
4. Znaleźć bliższe informacje na temat Jurka, który wie, gdzie jest jaskinia, ale nie zna jej sekretu. Ożenił się z córką Slavka i potem był cieślą w Bratysławie;
5. Odnaleźć bacę Slavka w Źdiarze.
Skoro śnieg spadł po l listopada 1944r. to wiadomo, że daty bitew były wymyślone. Dr Horak prawdopodobnie w ogóle NIE PISAŁ ŻADNEGO DZIENNIKA a swe wspomnienia spisał w formie pamiętnika, aby były dla wydawcy atrakcyjniejsze.! Dokładnych dat nie pamiętał, więc je po prostu wymyślił. To, że był głęboki śnieg, tego nie mógł zapomnieć, tego nie wymyślił - tak więc rzecz się miała w listopadzie, kiedy Słowackie Narodowe Powstanie już się skończyło, powstańcza armia została rozformowana - mogło więc chodzić JEDYNIE o grupę powstańców powracających do domów, bez żadnej wojskowej organizacji...
Jednostki wojskowej - owego batalionu - nie udało się zidentyfikować ani poprzez archiwa Muzeum SNP w Banskiej Bystricy, w Matici Slovensskiej w Martinie, Oddeleni vojenskych dejin SIovenska w Bratysławie, ani wywiadom z żołnierzami i oficerami Słowackiej Armii.
Co się tyczy Źdiarów, to oprócz wioski u podnóża Tatr Bielskich istnieją jeszcze: Źdiar przy Liptovskiej Teplićke, Żdiary w okolicy Roźnavy, Zdiar przy Niźnom Slavkove i Zdiar przy Svidniku. Co się zaś tyczy nazwy "Lu bocna", to postawiono hipotezę, że mogłaby to być L'ubochńa i Pamica (zamiast Plavnica), gdzie jest w pobliżu także Źdiar - być może chodzi o błąd drukarski przy pisaniu słowackich nazw ale możliwości zweryfikowania tej hipotezy są praktycznie zerowe.
Trochę szkoda, że cała ta historia jakby utkwiła w martwym punkcie i w obecnej chwili istnieje nikle prawdopodobieństwo jej ostatecznego rozwikłania. Miejmy nadzieję, że dr Milos Jesensky nie podda się tak łatwo i jeszcze o niej kiedyś usłyszymy, choć plątanina nazw i lokalizacji znacznie gmatwa całą sprawę, która w 99,999999% zda się być jedynie paleokontaktowym hoax'em - głupim żartem zrobionym w celu.. . No właśnie - czy tylko dla sławy i pieniędzy.? To akurat nie wydaje się takie pewne. Trudno uwierzyć, że dr Horak dla paru dolarów i kilku dni chwały puścił w druk taką piramidalną bzdurę...- tego nie robią ludzie, którzy przeszli przez piekło wojny i powstania. To nie pasuje do tego typu ludzi.
Wydaje mi się, że najbardziej prawdopodobną lokalizacją jest ta z Tatr Bielskich, co pokazuję na mapce II. W punkcie oznaczonym cyfrą "9" znajduje się przecięcie współrzędnych geograficznych - 49 12' N oraz 20 17' E, czyli na stokach Steźky, która należy już do granitowego masywu Tatr Wysokich, i o jaskiniach w tym terenie trudno mówić. Jeżeli przesuniemy spojrzenie nieco dalej na północ, to na PÓŁNOCNYM stoku Tatr Bielskich znajdziemy Babią Dolinę, gdzie w miejscu o współrzędnych 40 15' N i 20 17' E mogłaby znajdować się poszukiwana jaskinia... Oczywiście to tylko domysł, ale spełnione są nieomal wszystkie warunki lokalizacji podane przez dr Horaka. Szkoda jedynie, że i tam - jak w przypadku Levoćskich Vrchov znajduje się wojskowy poligon, a nad resztą Tatr Bielskich zasłonę tajemnicy rozsnuwa TANAP.
Dziwnym faktem jest, że przez Tatry Bielskie przebiegają TYLKO TRZY szlaki turystyczne: niebiesko zielony szlak nr.2911/5810 po południowej stronie Tatr Bielskich, żółty nr.8862 do Bielańskiej Jaskini oraz zielony nr.5811 do Magury i Rigelskiego Potoku. Od 1995r. udostępniono jeszcze tzw. "naukową ścieżkę" z Rigelskiego Potoku na szeroką Przełęcz do szlaku 2911/5810... Komu zależy na tym, by po Tatrach Bielskich nie włóczyli się turyści? TAMAP-owi? Być może tak, bo rąbie się tam drzewa i wywozi tysiące metrów sześciennych drewna rocznie, a ścisły rezerwat przyrody, który tam się znajduje jest nim jedynie z nazwy.("Tygodnik Podhalański" nr.49,50,51/95)
Wokół Tatr Bielskich istnieje kilkanaście domów wczasowych praskich - teraz bratysławskich - VIPów, które przed 1990r. były chronione przez elitarne jednostki MSW. Czy tylko tego chronili świetnie wyszkoleni komandosi Śt.B.? A może czegoś więcej, na przykład Księżycowej Jaskini.? Pozostaje mieć nadzieję, że Jaskinia nie została "wygrabiona" a i jej tajemnice przewiezione do piwnic Łubianki czy Chodynki, gdzie zazwyczaj trafiały tajemnice pochodzące z krajów Układu Warszawskiego, że wspomnę tylko nasz - polski - incydent gdyński z roku 1959, kiedy to znalezionego na gdyńskiej plaży humanoida, przewieziono ciu-pasem do ZSRR...(Podobno jednak to EBE jest w Polsce, dobrze ukryta w kostnicy szpitala uniwersyteckiego w Gdyni - sic!). Tak mogło być i w przypadku Księżycowej Jaskini, V-7, hitlerowskiej bomby A i wielu, wielu innych tajemnic. Nie sądzę, by tajemnica Księżycowej Jaskini wyszła na jaw w tym millennium - po prostu dlatego, że zajmują się tym tacy outsiderzy jak dr Jesensky czy ja. . .Jak długo będzie istniała zmowa milczenia w której obok decydentów ma swój udział także kwiat naszej nauki, tak długo ta i inne zagadki pozostaną Wielkimi Niewiadomymi .
Jest w tej całej historii i pewien akcent polski. W zapiskach dr Horaka jest coś niepokojąco znajomego, rzekłbym - swojskiego, coś - co już gdzieś kiedyś czytałem. I rzeczywiście - przypomniałem sobie materiał o istnieniu tzw. "szklistych tuneli" w słowackim stoku Babiej Góry. Historie te są do siebie tak podobne, że nie może być mowy o przypadkowej koincdencji... Wydaje mi się, że konwergencja tych dwóch Legend jest niezupełnie przypadkowa - i jest w tym coś więcej, niż tylko ślepy traf. Czyżby tajemniczy informator dr Jana Pająka opowiedział mu swoją wersję Legendy o Księżycowej Jaskini, nieznacznie ją tylko modyfikując i dostosowując do realii beskidzkich? Wydaje się, że tak właśnie było, ale bynajmniej nie chodziło tu o stoki Babiej Góry a o zbocza Babiej Doliny w Tatrach Bielskich.!... Sądzę że temat jest bardzo ciekawy i warto poświęcić mu nieco miejsca na łamach "Wizji Peryferyjnych".
Wstęp, przekład i opracowanie: Robert K. Leśniakiewicz
--------------------------
To jest taki wariant panoramiczny wydarzeń. Cała książka może ukaże się w druku, ale kiedy - tego nie wie nawet Pan na wysokościach...
[ Dodano: 2006-05-08, 13:29 ]
|
| |
|
|